środa, 18 maja 2016

Zmiany i przeprowadzka

Z różnych powodów życie utrudniło mi prowadzenie bloga stricte kulinarnego. Obecnie na co dzień dostaję taką ilość inspiracji kulinarnych, że zwyczajnie obawiam się bycia posądzoną o zżynanie z pomysłów innych ;)

Od jakiegoś czasu myślałam też nad utworzeniem takiego miejsca w sieci, gdzie mogłabym pisać nie tylko o jedzeniu, ale również o swoich przemyśleniach, zainteresowaniach i na różne okołowegetariańskie tematy.

Oczywiście, miejsce na przepisy również tam się znajdzie :D Część pewnie przeniosę stąd.

Jeżeli więc ktoś tutaj trafi, to bardzo serdecznie zapraszam na smoczy-owoc.blogspot.com

Do zobaczenia! :)

niedziela, 1 lutego 2015

Krem z pasternaku i zielonego groszku

Mam kłopot z aparatem - w błyskawicznym tempie zjada mi baterie i czasem ma problemy z włączeniem się. Zostaje mi telefon. Jako że komórka Lubego z całkiem fajnym aparatem nie zawsze jest dostępna razem z dziennym światłem, z góry przepraszam za fotki wątpliwej jakości, jakie mogą się w najbliższym czasie pojawić ;)


Zupa ma przyjemny, pistacjowy kolor i równie przyjemny, kremowy smak.

A skąd wziąć pasternak? Cóż... moim źródłem zaopatrzenia jest Biedronka ;) Już wiele osób o tym wspominało i pisało. Niestety często pasternak jest sprzedawany jako pietruszka.
Najłatwiej go od niej odróżnić po zapachu. Należy odłamać kawałeczek korzenia lub zdrapać trochę skórki i powąchać. Wszyscy (mam nadzieję!) wiedzą, jak pachnie pietruszka. Pasternak pachnie łagodniej, bardziej słodko. Mi trochę przypomina marchewkę.

A, i korzenie często są duże i takie baaaardzo dorodne :)

Ale jeżeli nie dorwiecie pasternaku, to pietruszka też się sprawdzi.

Dodatek masła i śmietanki jest może i mało dietetyczny, ale znakomicie podbija smak.

Składniki
na 2 porcje

1. Szklanka zielonego groszku (z puszki lub mrożonego)
2. Trzy-cztery dorodne korzenie pasternaku
3. Pół szklanki śmietanki 30%
4. Dwie łyżki masła
5. Sól, pieprz, natka pietruszki
6. Świeży tymianek do posypania (zapomniałam dać na zdjęciu)
7. Szklanka wody do gotowania pasternaku

Pasternak obrać, pokroić na drobne kawałki. Gotować do miękkości i aż odparuje mniej więcej połowa wody. Dorzucić groszek, masło i śmietankę, zblendować. Doprawić do smaku.

Podawać ze świeżym tymiankiem i paluszkami z ciasta francuskiego.

niedziela, 11 stycznia 2015

Zmasowany atak umami, czyli wegański gulasz udający mięsny

Dziś przepis bez zdjęcia - całość została sporządzona mocno "na oko" i wchłonięta zanim zdążyłam pomyśleć o wzięciu aparatu.

Proporcje tu podane są jedynie orientacyjne. Sami musicie smakować i dodawać, co Wam pasuje ;)

Dopadła mnie ostatnio chętka na... gulasz. Taki mięsny. Wiadomo, zdarza się, że tęskni się za starymi posmakami, a smak takiego sosu był jednym z tych, które bardzo lubiłam.
Podumałam, porozkładałam w pamięci smak na czynniki pierwsze i postanowiłam spróbować go odtworzyć. Moim zdaniem próba bardzo udana :D

SKŁADNIKI
na około 4 talerze

1. 10-12 kotletów sojowych
2. pół litra bulionu warzywnego
3. Pół litra wody
4. Sos sojowy (ciężko określić ilość, ma być dość słone, a sos dodaje też dodatkową umami nutę)
5. Suszone leśne grzyby - kilka sztuk. Około siedmiu.
6. Dwie - trzy łyżeczki przyprawy do kurczaka (no cooo, lubię jej smak)
7. Duża cebula
8. Czosnek - tyle, ile lubicie ;)
9. Pieprz, słodka papryka
10. Opcjonalnie - marynowana lub świeża papryka
11. Dwie łyżeczki majeranku
12. Kilka suszonych pomidorów pokrojonych w paski

Kotlety zalewamy wrzącym bulionem. Po kilku minutach wyjmujemy (absolutnie nie wylewamy bulionu!) i kroimy na cienkie paski. Wrzucamy z powrotem do bulionu, dodajemy wodę, sos sojowy, pokrojone na nieduże kawałki grzyby (nie namaczamy ich wcześniej, wszystko mają oddać do sosu. No dobra, z resztek runa warto je oczyścić ^^), cebulę, czosnek, pieprz, paprykę (i tą suszoną i tą świeżą) oraz pomidory.

Wszystko dusimy przez około pół godziny. Warto posmakować i zobaczyć, czy jakiejś przyprawy nie dalibyście więcej. U mnie na przykład poszło sporo sosu sojowego i pieprzu. 

Sos smakowałby też świetnie z dodatkiem czerwonego wina.

Na koniec można zagęścić mąką lub wrzucić np. ryż, by ugotował się w sosie i go wchłonął.

Podawać z ryżem, kaszą lub ziemniakami. I ogórki kiszone do tego! :D


niedziela, 4 stycznia 2015

Ogórkowa według Pięciu Przemian

Dorwałam książkę Bożeny Cyran pt. "Jedz i żyj zgodnie z porami roku".  Nie dość, że ciekawie się czyta, to jeszcze aż ma się chęć wypróbowywać zawarte w niej porady :)

Wpisuje się to w chęć zmian, jaka opanowała mnie od kilku dni. Nie dość, że staram się porządkować przestrzeń wokół siebie, to jeszcze zachciało mi się zielonych soków (a niedawno pisałam, że średnio mnie przekonują :P), przejścia na weganizm i ćwiczeń. Zwłaszcza rozciągających, jogi. Mam nadzieję, że wystarczy mi zapału do zmieniania trybu życia na zdrowszy :D
I nie jest to noworoczne postanowienie - po prostu mi się chce.

W wyżej wymienionej książce autorka sporo miejsca poświęca gotowaniu według Pięciu Przemian. O ile jestem dość sceptyczna wobec tego jako metody zapewniającej posiłkom większą wartość odżywczą, to podoba mi się nieco wiedźmowaty, wręcz alchemiczny sposób gotowania.

No co ja poradzę, że czarownica z powołania jestem ;)

Zupa w rzeczywistości nie jest taka żółta, to wina światła ;) Choć oczywiście można do niej dodać trochę kurkumy, jak się wie, w jakiej przemianie należy to zrobić. 

Wzorowałam się na tym przepisie z Puszki: http://puszka.pl/przepis/4385-zupa_ogorkowa_wg_pieciu_przemian.html
Niemniej wprowadziłam modyfikacje (zerkając oczywiście do tabelki przyporządkowującej produkty do poszczególnych przemian. I tak moja wersja przedstawia się następująco:

Składniki
na około 4-5 talerzy zupy

1. Trzy obrane i pokrojone w małą (ok.1cm) kostkę
2. Jedna duża lub dwie średnie pietruszki, starte na dużych oczkach
3. Biała część pora, około 15cm, pokrojonego w półplasterki
4. Dwa ząbki czosnku
5. Duża cebula, pokrojona w półplasterki
6. Szklanka startych ogórków kiszonych (miałam już gotowe zawekowane, a w nich znajdował się już koperek widoczny na zdjęciu)
7. Sos sojowy i sól do smaku
8. Łyżeczka majeranku
9. Litr wrzątku
10. Pół szklanki mleka sojowego
11. Pół łyżeczki cukru

Do wrzątku dodałam majeranek.
Po chwili wrzuciłam (jednocześnie) pietruszkę, ziemniaki, mleko i cukier.
Po kilku minutach dodałam cebulę, czosnek i por.
Następnie sól i sos sojowy.
Gdy już ziemniaki będą miękkie wrzuciłam ogórki i gotowałam jeszcze przez chwilę.

Podane z chlebem własnego wyrobu :)

Idę po drugi talerz :P

Mleko z orzechów laskowych

Delikatnie pachnie orzechami i wanilią. Nowa mleczna miłość, zaraz obok kokosowego <3

Po raz kolejny poskąpiłam, kupując orzechy. Stwierdziłam, że 19zł/kg będzie mnie mniej boleć niż 50zł, i dopiero gdy zasiadłam do łupania przypomniałam sobie, jak bardzo nienawidzę tej czynności.
Ale miałam wielką ochotę na mleko orzechowe, więc zacisnęłam zęby (częściowo też po to, by powstrzymać się od podżerania) i uzyskałam około szklanki wyłuskanych orzechów.

Dodanie odrobiny słodyczy do mleka zdecydowanie poprawia jego smak i podkreśla orzechowe nuty.


Składniki
na około 2 szklanki tłustego mleka

1. 1 szklanka orzechów laskowych bez łupin
2. 2 szklanki wody + woda do moczenia orzechów
3. Szczypta soli
4. Pół łyżeczki (lub więcej, jeżeli chcemy słodki napój do bezpośredniego picia) cukru waniliowego (domowego lub kupnego, byle nie był to cukier WANILINOWY)

Orzechy zalewamy wodą i moczymy przez noc.

Rano odsączamy, dodajemy szklankę wody i blendujemy kilka minut. Im dłużej i intensywniej będziemy blendować, tym bogatsze będzie mleko.

Odsączamy na gęstym sitku.

Można od razu dodać resztę wody i cukier, ja jednak zalewam tą wodą wytłoczyny orzechowe i blenduję jeszcze raz, by wycisnąć z nich tyle dobrego, ile się da :) 

Najlepiej smakuje schłodzone.


Wytłoczyn nie wyrzucajcie! Można dodać je do ciast(ek) lub na przykład do musli lub owsianki. Świetnie sprawdzą się też z kaszą z poprzedniego wpisu. Podejrzewam, że można dodać je też do kremu czekoladowo-orzechowego a la Nutella.

sobota, 3 stycznia 2015

Sobota w obrazkach

Zachciało mi się ostatnio zielonych koktajli. Udałam się skoro świt (koło południa) do pobliskiej Biedronki celem nabycia składników, ale nie było niestety szpinaku. A na niego miałam największą ochotę (teraz dopiero pomyślałam, że trzeba było kupić mrożony. Nic to.).
Jako że o marchewce również zapomniałam, zblendowałam razem banana, pomarańczę, jabłko i kawałek ogórka. 

Do tego czekoladowy budyń z kaszy jaglanej, przyrządzony poprzedniego dnia, gdy zachciało się nam z Lubym czegoś słodkiego. Powstały cztery porcje, więc zostało na śniadanie :)
W tle, pod ścianą, ustawione są książki. Nie dorobiliśmy się jeszcze regału (mieszkamy razem od miesiąca, wow, gdzie to zleciało?), ale takie zaaranżowanie przestrzeni też mi się podoba. Jako tło do zdjęć wygląda tak poważnie i intelektualnie ;) 
Znajduje się tam głównie fantastyka - Pratchett, Piekara, Kossakowska...

CZEKOLADOWA JAGLANKA
(około 2 szklanki)

Składniki:
1. 100g kaszy jaglanej (jeden woreczek)
2. dwie łyżki kakao
3. 3-4 łyżki cukru (lub zamiennik)
4. Około 2 szklanek mleka roślinnego lub wody (z mlekiem będzie bogatsze w smaku, ale na wodzie też jest ok)
5. Dowolne bakalie w dowolnej ilości ;)
6. jeżeli użyliście wody - łyżka dowolnego tłuszczu

Kaszę, kakao, cukier oraz płyn  i ew.tłuszcz umieszczamy w garnuszku i gotujemy, często mieszając, aż kasza się rozgotuje (pomaga jej w tym mieszanie trzepaczką), a całość będzie miała konsystencję budyniu.
Dorzucamy bakalie, przelewamy do miseczek i zostawiamy do ostygnięcia. Dobrze deserowi robi noc spędzona w lodówce.


Nie było zielonego koktajlu - był za to zielony makaron ;)
Ciężko tu o przepis - podsmażona cebulka, czosnek, do tego trochę pesto, zielonego groszku, a na wierzch pokruszone orzechy.

A na koniec herbatka, której przygląda się Szczerbatek ;)

czwartek, 1 stycznia 2015

Dokąd teraz?

Zyskałam ostatnio większą motywację do pisania na tym blogu.
Mam wrażenie, że moje problemy z systematycznością wynikają z tego, że... jakoś nudno jest pisać wyłącznie o przepisach.
Z drugiej strony, o czym jeszcze skrobać?

W tym miejscu mam pytanie do Was: o czym chcielibyście czytać w Smoczej Kuchni? Jakie tematy mogą być interesujące na blogu o jedzeniu?
Może coś mniej związanego bezpośrednio z żarełkiem? Może jakieś wpisy cykliczne?

Chciałabym rozwinąć to miejsce, dlatego Wasze pomysły i rady będą dla mnie wielką pomocą :)

(nie taki znowu) Fast Food - najprostsze burgery buraczane + sos

Długo się nie mogłam przekonać do burgerów z buraka. Wydawało mi się, że jedząc je, nie będę miała poczucia, że jem burgera, tylko starte buraczki wepchnięte z bułę.
Cóż.
Oto kajam się i posypuję głowę popiołem.
 Troszkę za mocno mi się spiekły na patelni, ale nadało im to lekko dymnego posmaku, jak z grilla ;)

Przeglądałam przepisy i jakoś mi się odechciewało. Wszystkie zawierały dużo składników. Kasza jaglana, słonecznik, sezam, mąka i bułka tarta, milion przypraw... zwłaszcza nie chciało mi się gotować kaszy, no i nie chciałam uzyskać kotletów z ziaren z burakiem gdzieniegdzie.

Poszłam więc na łatwiznę i wywaliłam większość z tych cudów. Aspekt zdrowotny przedsięwzięcia nieszczególnie mnie interesował, zwłaszcza że do burgerów i tak przewidziane były zwykłe, ziemniaczane fryty ;)

BURGERY Z BURAKÓW
(około 10 małych sztuk)

1. 2 nieduże buraki - rozmiaru małych pomarańczy
2. Mąka pszenna - ciężko określić ile. Ma ona służyć do zlepienia całości, a buraki mogą puścić różną ilość soku
3. Kilka (ile chcecie) łyżek słonecznika
4. 2 łyżki sosu sojowego
5. Wyciśnięty ząbek czosnku, pieprz czarny

Buraki zetrzeć na tarce na małych oczkach (tych do sera). Dorzucić słonecznik, sos i przyprawy, a następnie wsypywać po trochu mąkę i zagniatać, aż z masy będzie się dało formować kotleciki.

Smażyć na rozgrzanym tłuszczu, podawać z warzywami i sosem w podgrzanej (np na patelni) bułce.



Sos również jest pójściem na łatwiznę. Ja wiem, wstydem jest prowadzić bloga kulinarnego i korzystać z gotowca w stylu keczupu... ;>
Niemniej dzielę się, bo uważam, że pomysł godny przekazania dalej.


SOS DO BURGERÓW
i nie tylko
porcja "na raz"

1. Łyżka ketchupu
2. 2 łyżeczki sosu sojowego
3. Łyżeczka oleju sezamowego
4. Pół łyżeczki żółtej pasty curry
5. Mały ząbek czosnku

Wszystko utrzeć razem, po prostu. Czosnek, rzecz jasna, przepuścić przez praskę :)




poniedziałek, 29 grudnia 2014

BOCHEN

Uwielbiam chleb. W każdej formie. Bochenków, bułeczek, bagietek, placków typu tortilla, grubszych placków typu pita... W ogóle gdybym musiała zrezygnować z pieczywa, byłabym bardzo nieszczęśliwa.

Oprócz jedzenia, uwielbiam także chleb piec. Eksperymentować z mąką, ziarnami, dodatkami, przyprawami, albo po prostu zagnieść zwykłe białe ciasto i formować je w ciekawe kształty.

Gdybym miała skrupulatnie opisywać każdy chleb, który wyprodukowałam, okazałoby się, że większość stanowi całkiem samodzielne przepisy.

Sporo osób boi się pieczenia chleba. Zupełnie nie wiem, dlaczego. Wystarczy pamiętać o kilku prostych zasadach...
Ten chleb wyrósł naprawdę wielki - prawie wypełnił taką standardową blachę do ciasta. Obok leżą dwa placuszki z nadzieniem fasolowym, a skrajnie po lewej - razowe pszenne bułeczki.


1. Proporcja drożdży do mąki nie powinna być większa niż 1:10. Oznacza to, że np. na kilogram mąki nie należy dawać więcej niż 100g drożdży. De facto wystarcza nawet około 20g, ale ciasto może dłużej wyrastać.
2. Proporcja wody do mąki to około 1:2. Czyli na kilogram mąki - pół litra wody. Oczywiście, można dać trochę więcej, ale wtedy trzeba będzie piec w formie. A nawet wtedy nie dawajcie więcej wody niż litr na kilo mąki. 
Przy wypiekach bezglutenowych (np. z samej mąki gryczanej) lepiej dać wodę do mąki w stosunku 1:1. 
3. Chleb z samej mąki żytniej wyłącznie na drożdżach to słaby pomysł. Czysto żytnie chleby powinno piec się na zakwasie. Niezakwaszone ciasto po upieczeniu będzie zwyczajnie gliniaste.
4. Warto poświęcić chwilę na wyrobienie ciasta. Serio. Łatwiej je wtedy formować, lepiej trzyma kształt, no i jest lepiej napowietrzone i ładniej wyrasta.

Ciasto chlebowe można mrozić. Warto, bo jest bardzo wszechstronne. Oprócz klasycznych wypieków można z niego zrobić placki, pizzę, bułeczki na parze, paluszki, racuchy... właściwie co tylko wymyślicie ;)

Miąższ wielkiego bochna - to chleb pszenno-żytnio-ziemniaczany. Widać nawet kawałeczki ziemniaków.


CIASTO NA CHLEB - PRZEPIS PODSTAWOWY
Na jeden duży bochen
1. 500g mąki
2. Szklanka (250ml) wody
3. Łyżka soli
4. 20-50g drożdży świeżych
Ciasto wyrobić, aż będzie gładkie, sprężyste i takie... milusie. Może to mało precyzyjny opis, ale serio, wyłapiecie ten moment :)
Wrzucić do miski (albo i nie ;)), nakryć wilgotną ściereczką i zostawić w spokoju, aż mniej więcej podwoi objętość. Jeżeli zależy Wam na czasie, możecie ewentualnie odpuścić to pierwsze wyrastanie. Z tego co zauważyłam, sprawia ono głównie, że miąższ chleba będzie bardziej regularny.
Gdy ciasto już wyrośnie, należy je odgazować. W praktyce oznacza to zdecydowane potraktowanie bogom ducha winnego ciasta pięścią, by wypchnąć nagromadzony w nim dwutlenek węgla.
Na tym etapie formujemy bochenek, bułeczki, czy co tam chcemy.
Układamy nasz twór na papierze do pieczenia i zostawiamy, aż wyrośnie. Najlepiej, jeżeli uda się nam nastawić w piekarniku temperaturę 40 stopni. To temperatura, którą drożdże szczególnie lubią :)
Pamiętajcie, by regularnie zwilżać to, co nam właśnie wyrasta. Dzięki temu uzyskamy ładną, miękką skórkę, a nie skorupę, którą trzeba będzie rąbać toporem.
Co do temperatury pieczenia... dużo na ten temat napisano. Można się bawić w ustawienie najpierw 200 stopni i wytwarzanie pary wodnej, potem stopniowe obniżanie temperatury do około 160 stopni. 
Jeśli się Wam nie chce, wypiek w 175-180 stopniach również się uda. Zwiększycie szanse na miękką skórkę ustawiając w piekarniku drugą blaszkę z wodą. Jej zadaniem będzie wytwarzanie pary. Im dłużej blaszkę potrzymacie, tym bardziej miękką skórkę uzyskacie. Można przez cały czas pieczenia.

Kroić należy już całkiem wystudzony chleb.
Możecie piec chleb z różnych mąk - właściwie każda, jaka się Wam nawinie, może być świetną domieszką (choć lepiej nie przegiąć z kukurydzianą i ziemniaczaną ;) ). Możecie wrzucić zgniecione ziemniaki, ugotowaną kaszę, ziarna, orzechy, suszone owoce (piekłam swego czasu chleb z żurawiną i orzechami włoskimi), warzywa (polecam wysmażoną na złoto cebulkę i podsmażoną paprykę), ser. 
Czasem taki chleb sam, bez dodatków może być pysznym śniadaniem lub przekąską :)

Kanapki z domowym hummusem i tzw. smalcem wegańskim


Krem pietruszkowy z płatkami migdałowymi

Zazwyczaj preferuję kupowanie owoców i warzyw w małych warzywniakach. Wybór  w nich niejednokrotnie przekraczał asortyment dyskontów, delikatesów czy nawet marketów w tej dziedzinie (może i hipermarket sprzedawał 5 odmian ziemniaków i smocze owoce, za to w warzywniaku były czarne pomidory, rzodkiew daikon i boczniaki...), a i ceny bywają przystępniejsze.
No i w markecie nie ma koszyków z przecenionymi bananami, które pod prawie całkowicie zbrązowiałą skórką skrywają przesłodki miąższ. Idealne nawet do zwykłego zjedzenia od razu.

Jednak w takim to małym, ulubionym warzywniaku dwa razy się nacięłam. Kupuję pietruszkę. Ładna, dorodna.
Przychodzę do domu, obieram, i... czuję, że zbytnio pietruszką mi to nie pachnie. Bardziej jak marchewka. Co jest?

No tak. Sprzedano mi pasternak jako pietruszkę.

Nie żebym coś miała do pasternaku, jednak od tej pory uważnie obwąchuję kupowaną pietruszkę. Daje zupie ten fantastyczny aromat, którego pasternak mimo wszystko nie posiada.


Zupa jest naprawdę banalnie prosta do przyrządzenia :)

Składniki
na 4 porcje

1. 1 litr bulionu warzywnego (własnej produkcji lub z kostki)
2. 5 dorodnych korzeni pietruszki
3. 2 małe ziemniaki
4. 4 łyżki płatków migdałowych
5. Dwie łyżki masła

Pietruszkę oraz ziemniaki obieramy i kroimy na nieduże kawałki (nie trzeba tego specjalnie dokładnie robić, całość i tak potraktujemy blenderem). Wrzucamy do bulionu i gotujemy razem, aż zmiękną.

Dodajemy masło, całość blendujemy na gładki krem. Jeżeli wolicie rzadszą zupę, bardziej płynną, możecie dodać trochę bulionu, aż do uzyskania właściwej według Was konsystencji.

Płatki migdałowe należy podprażyć na patelni i posypać nimi zupę przed podaniem.




niedziela, 28 grudnia 2014

Liście

Dwa dni za mną chodził.
W Święta nadmiar ciężkich i słodkich potraw doprowadza do stanu, w którym zaczynają za mną chodzić przeróżne sałaty, pieczone z odrobinką tylko oleju warzywa i tym podobne lekkie cuda.

Wypatrzyłam jakiś czas temu w Biedronce.

Podobno można z niego przeróżne potrawy przygotować, od zielonych koktajli począwszy, na potraktowaniu go jak szpinak kończąc. Jednak nie wiem, czy dotrwa do przygotowywania przeze mnie jakiegokolwiek dania, bo wciągam go z miseczki, na surowo, siedząc przed komputerem. Jak chipsy.
Potrafię też tak z rukolą zrobić.

 O kim mowa?

O jarmużu, rzecz jasna. Kapuście o lekko skórzastych listkach, które są twardsze od sałaty, przez co fajnie się je żuje, ale bardziej miękkich i delikatniejszych w smaku od zwykłej kapusty. Smakują świetnie nawet same, ewentualnie do obiadu, skropione sosem vinaigrette. Czyż to nie miła odmiana przy podawaniu sałaty do obiadu?


sobota, 27 grudnia 2014

Pierniczki nie tylko świąteczne ;)

Oj, dużo się działo u mnie w ostatnich miesiącach.
Ale trzeba by wrócić do realizacji postanowień, prawda? Nauka norweskiego i... prowadzenie tego bloga ;)

Co prawda już po świętach, ale kto powiedział, że pierniczki można zrobić tylko wtedy? Miód, korzenne przyprawy i czekoladowa polewa -  czyż to nie idealne połączenie na każdy zimowy wieczór?
Do tego wystarczy dobra kawa lub herbata i zima staje się piękna.


Pierniczki z tego przepisu są miękkie i nie muszą leżakować. Choć to tak naprawdę zależy od tego czy dodacie proszek do pieczenia ;)

Przepis opracowałam na podstawie XVIII-wiecznej receptury pochodzącej z książki Compendium medicum   auctum, to iest krótkie zebranie y opisanie chorób, ich różności, przyczyn, znaków, sposobów do leczenia, krążącej po Sieci:

”Weź miodu przaśnego ile chcesz, włóż do naczynia, wlej do niego gorzałki mocnej sporo i wody, smaż powoli szumując, aż będzie gęsty, wlej do niecki, przydaj imbieru białego, gwoździków, cynamonu, gałek, kubebów, kardamonu, hanyżu nietłuczonego, skórek cytrynowych drobno krajanych, cukru ileć się będzie zdało, wszystko z grubsza jak miód ostygnie, że jeno letni będzie, wsyp mąki żytniej, ile potrzeba, umieszaj, niech tak stoi nakryto, aż dobrze wystygnie, potym wyłóż na stół, gnieć jak najmocniej, przydając mąki ile potrzeba, potym nakładź cykaty krajanej albo skórek cytrynowych w cukrze smażonych, znowu przegnieć  i zaraz formuj pierniki, wielkie według upodobania porobiwszy, możesz znowu po wierzchu tu i ówdzie wtykać cykatę krajaną, do wierzchu pozyngowawszy piwem kłaść do pieca i wyjąwszy je jak się przepieką, znowu je zyngować miodem z piwem smażonym i znowu po wsadzeniu do pieca”

Wbrew pozorom, jest on bardzo czytelny. Należy wziąć miodu ile się chce, troszkę mocnego alkoholu (ja użyłam miodu pitnego, chociaż pierniczki obywają się bez tego), wody tyle samo, ile miodu lub mniej, wrzucić do tego tyle przyprawy piernikowej, ile nam odpowiada, pogotować chwilę, dorzucić żytniej mąki tyle, by ciasto było luźne, ale nadal dało się wałkować... i to w zasadzie wszystko. Zostaje najfajniejsza część, czyli wykrawanie i pieczenie :)

Jako że jednak większośc osób wydaje się nie być fanami pieczenia "na oko", podaję bardziej szczegółowe proporcje:

Składniki
na około 100 pierniczków

1. Szklanka płynnego miodu
2. Pół szklanki cukru
3. Kilka łyżek przyprawy piernikowej (można zrobić ją samemu - wystarczy zmieszać dużo gałki muszkatołowej z cynamonem, suszonym imbirem, czarnym pieprzem. Proporcje ciężko podać - należy mieszać, wąchając co jakiś czas czy zapach się zgadza ;) )
4. Mały kieliszek alkoholu
5. Około 4 szklanek mąki żytniej żurkowej (typ 720. Nie robiłam nigdy na razowej, więc nie wiem, jakie wyjdą. Ale muszę spróbować).
6. Pół szklanki wody
7. Łyżka proszku do pieczenia

Do garnka wlewamy wodę, alkohol i miód, wsypujemy cukier i przyprawy. Gotujemy przez chwilę, aż cukier się rozpuści, a dom wypełni piękny, korzenny zapach :)

Zdejmujemy z ognia. Gdy całość ostygnie, dorzucamy po trochu mąki zmieszanej z proszkiem do pieczenia, cały czas intensywnie mieszając (napowietrzając jednocześnie masę). W pewnym momencie masa zrobi się zbyt gęsta, by ją mieszać. Wtedy przystępujemy do mieszania ręką - dlatego masa musi być na tyle ostudzona, by się nie dorobić oparzeń.

Mąki jest dość, gdy ciasto stanie się na tyle gęste, by po obfitym oprószeniu mąką dało się wałkować i formować. Weźmy pod uwagę, że podczas podsypywania do ciasta dostanie się dodatkowo sporo mąki, więc nie należy przesadzić. 

A dalej? Rozwałkować na grubość około 5mm lub nieco grubiej, wycinać, układać na papierze (pamiętajcie, że troszkę rosną) i piec około 10-15 minut w 180 stopniach. Jeżeli chcecie, by były od razu miękkie, nie dopuście do zarumienienia ciastek.


A co zrobić, jeżeli nie chcecie dodawać proszku lub ciastka zarumienią się i stwardnieją?
Wystarczy przechowywać je około 2 tygodnie w szczelnym pojemniku ze skórkami od jabłek. Pierniczki wchłoną wilgoć z nich i nabiorą przyjemnego aromatu. Tylko pamiętajcie, by często (co 2-3 dni) wymieniać skórki, by nie spleśniały.


Pierniczki możecie zawiesić na choince :)




środa, 3 września 2014

Grzany cydr z korzeniami


Przyjaciółka zwróciła mi ostatnio uwagę, że w tym roku cykl wegetacyjny jest przyspieszony mniej więcej o dwa tygodnie. W sumie ma rację. Jest już mocno wrześniowo, a sezon jabłkowy w pełni.
Do tego... niby jest ciepło, ale już czuć taki jakiś chłód. 
I zaczyna chcieć się już bardziej rozgrzewających rzeczy. Na przykład ciepłego, jabłkowego napoju :)


Składniki:
(na dwie porcje)

1. Pół litra cydru (użyłam Lubelskiego)
2. 100ml soku pomarańczowego
3. 100ml soku jabłkowego
4. 5-10 goździków
5. ok. 1/4 łyżeczki cynamonu
6. 2 gwiazdki anyżu
7. 2 płaskie łyżki cukru

Wszystkie składniki należy po prostu zmieszać ze sobą w garnuszku i podgrzewać na małym ogniu. Gdy już napój będzie gorący (nie może się zagotować), zdjąć z ognia i podawać.

Do szczęścia brakowało tylko jakichś korzennych ciasteczek. Albo jabłecznika :D


piątek, 11 lipca 2014

Zupa cytrynowa z kukurydzą

Leciutka zupa w sam raz na lato. Z dodatkiem makaronu ryżowego i kukurydzy by coś tam się w niej działo.
Dodatek mleka kokosowego, curry i trawy cytrynowej może sugerować, że ma jakiś bardzo orientalny charakter, ale zapewniam, że smakuje bardzo... swojsko. Kwaśnością przypomina zupę ogórkową :P

Szczęście w cytrusach, czyli "kto bogatemu zabroni" zapijać zupę cytrynową sokiem pomarańczowym? :D

Składniki
(na trzy porcje)

1. ok. 1l bulionu warzywnego (z kostki, domowego, obojętnie)
2. garść trawy cytrynowej (lub 2-3 łodygi)
3. Sok z połówki cytryny
4. Szklanka mleka kokosowego
5. Pół cebuli
6. Ząbek czosnku
7. 2 łyżeczki curry w proszku
8. Pół szklanki kukurydzy z puszki
9. ew. bazylia lub koperek do posypania.
10. 1-2 łyżki ciemnego sosu sojowego

Do bulionu wrzucić trawę cytrynową (ja pisałam o garści, bo mam mrożoną posiekaną), wlać sok z cytryny, dodać curry. Gotować około 10 minut, odcedzić. Dodać cebulę, czosnek i kukurydzę, gotować przez kolejne 10 minut.
Przed podaniem wlać mleko kokosowe (uwaga, lubi się warzyć z uwagi na dodatek cytryny) i doprawić do smaku sosem sojowym.
Podać z makaronem ryżowym i posypaną zieleniną :)



środa, 9 lipca 2014




Dorwałam w Rossmannie wegańską i eko czekoladę, Kosztuje sporo jak na standardową 100g tabliczkę, ale moją uwagę przykuł jej skład:



A tak wygląda "okładka" :)


W ogóle cieszy mnie, że coraz więcej eko jedzonka pojawia się w owej drogerii i zazwyczaj mają nawet rozsądne ceny :)
I mają moje ukochane "chipsy" kokosowe :D

Najgorsze, że w taką pogodę w ogóle nie chce się gotować. Spędzam czas wolny leżąc, podjadając rukolę, którą polubiłam ostatnio, cierpię na gojący się tatuaż i nie mam ochoty na stanie nad garami :P

Muszę się jakoś zmobilizować, czy częściej pisać.
Prawdę mówiąc, nie jest to najłatwiejsze, bo w kwestii prywatnych pierdół wyżywam się na prywatnym blogu, a gotowanie ciekawych rzeczy u mnie ostatnio leży.
Nie wiem, czy jest sens zamieszczania miniprzepisów na np. jakieś pasty kanapkowe. Nie zawsze prezentują się dość fotogenicznie :D

Ale powiedzmy, że z okazji nowego komputera (niechaj stary odpoczywa w pokoju :P) robię postanowienie, że będę pisać częściej :D

Nie tylko wegańsko, chociaż chcę sobie np.sierpień zrobić w 100% wegański :D

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Herbata po marokańsku

Gdy nadchodzą upały, ciepłe napoje stają się (przynajmniej dla mnie) opcją średnio zachęcającą. 
A kulinarnie w tym czasie ciągnie mnie do inspiracji kuchnią arabską.

Traf chciał, że znalazłam przepis na zieloną herbatę przyrządzaną marokańskim (podobno) sposobem. 
Ku mojemu zdziwieniu, na upały nadaje się idealnie. Najbardziej lubię przygotować sobie cały duży dzbanek i popijać. Nie szkodzi, jak wystygnie. Też jest pyszna.

Składniki (na litrowy dzbanek)
1. garść zielonej herbaty gunpowder
2. duża garść świeżej mięty
3. 4 łyżki cukru (zauważyłam, że w arabskich przepisach jak już jest cukier, to w dużej ilości. Można zmniejszyć, ja lubię taką ilość :) )
4. Wrzątek (niemożliwe :P)

Herbatę wsypuję do dzbanka. Zalewam odrobiną wrzącej wody, mieszam, po kilku sekundach wodę wylewam. Dokładam miętę i cukier i ponownie zalewam wrzątkiem, tym razem taką ilością, ile herbaty chcemy uzyskać.

Z tego co zauważyłam, wstępne zalanie wrzątkiem eliminuje gorycz, jaka pojawiłaby się, gdyby pić zalaną nim suchą herbatę. Nie wiem, jak w tym momencie sprawują się słynne właściwości zdrowotne zielonej herbaty, ale ostatecznie nie wszystko się pije dla zdrowia ;)


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Frytki z polenty


Miałam od dłuższego czasu ochotę na coś kukurydzianego. Kupiłam kaszkę i nie bardzo miałam pomysł, co z nią dalej zrobić. Chciałam zrobić obsmażaną polentę, ale byłam zniechęcona porażką poniesioną kilka miesięcy temu. Aż tu trafiłam na przepis idealny. Użyta została co prawda mąka, ale polenta udała się również z kaszki kukurydzianej.
http://kuchniapodwulkanem-anthony.blogspot.com/2011/03/scagliuozzi-polenta-fritta-czyli.html

Ja gotowałam około 45 minut i dałam na początku mniej wody, by potem po odrobince dolewać, by zapobiec przypaleniu.

Dalej idzie bardzo prosto. Zamiast kroić polentę po zastygnięciu w romby i wtedy obsmażać tak, jak zrobiła to autorka przepisu, pokroiłam ją w paseczki jak frytki, następnie obtoczyłam w mące ziemniaczanej i usmażyłam na głębokim oleju - jak frytki ;)

Bardzo dobre z jakimś gęstym, jogurtowym dipem.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Krem z kalafiora aromatyzowany świeżym rozmarynem




Delikatna, kremowa zupa z delikatnym rozmarynowym aromatem. Nie jest pikantna, dodatek białego pieprzu w niej jest jedynie symboliczny.

Składniki:
(2 porcje)

1. 200g kalafiora (może być mrożony)
2. 500ml bulionu warzywnego
3. Łyżka posiekanych listków rozmarynu
4. Biały pieprz do smaku
5. 2 ząbki czosnku
6. 2 małe ziemniaki

Kalafior, ziemniaki i czosnek ugotować w bulionie do miękkości, doprawić białym pieprzem.
Zblendować na gładki krem.
Wymieszać z posiekanym rozmarynem - gotowe.

niedziela, 9 marca 2014

Krem warzywny z kasztanami jadalnymi


Bardzo przyjemnie grają w niej dwa smaki. Słodki - kasztanów jadalnych - jest podbijany przez marchewkę i delikatnie przełamywany goryczką kurkumy, przez co zupa nie jest mdła. Oprócz tego w miarę jedzenia robi się coraz cieplej w ustach za sprawą chilli ;)
Zupy lepiej zbyt dokładnie nie blendować - pozostałe kawałeczki warzyw stanowią ciekawe akcenty w aksamitnej fakturze.

Składniki:
(dla jednej osoby)

1. 60g obranych kasztanów jadalnych (w tym celu wsypuję je na suchą patelnię, przykrywam i prażę na dużym ogniu aż przypieką się i popękają. Później łupina ładnie schodzi razem ze skórką) - około 8 sztuk
2. Gruby plaster cebuli (około 1cm)
3. Ząbek czosnku
4. Mała marchew
5. Kawałek pietruszki wielkości kciuka
6. Kilka gałązek selera naciowego
7. 1 średni ziemniak (około 60g)
8. Łyżeczka nasion słonecznika do posypania
9. Zielenina do ozdoby (u mnie nać marchewki)
10. Dwie szklanki wody
11. Ćwierć łyżeczki kurkumy i około 1/8 łyżeczki sproszkowanego chilli

Warzywa obieram, kroję na grube plastry (żeby się dobrze gotowały). Tylko nać selera zostawiam w całości. Wrzucam razem z kasztanami do garnka, zalewam dwiema szklankami wody i gotuję około pół godziny na niedużym ogniu, aż odparuje połowa wody. 
Wyciągam seler i wyrzucam, a pozostałą zupę blenduję na krem. 

Podaję posypaną ziarnami słonecznika i z zieleniną.